f ck - all i need is u
18.10.2008 :: 16:04

Jest mi dzis nieskonczenie smutno. Poplakuje. Jestem u kresu wytrzymalosci. Zalamania. Wczoraj bylismy na imprezie w Saturatorze. Przybylem jako pierwszy, i spotkalem Szymona ze znajomymi. Bylem troche zazdrosny o to, jak tanczy z jednym swoim kolega. Ale potem jego ludzie sie zmyli, i przyszli moi, i sytuacja mocno sie zmienila. Zaczelismy tanczyc rubasznie i lizac sie na parkiecie.

Problem 1
Powiedzialem Mateuszowi, ze chcialbym sie tez lizac z Szymonem. A Mateusz co? Powtorzyl mu to. Szymon na to, ze nie przeliże sie ze mna, bo to by oznaczało powrót do tego co było między nami, a on tego NIE CHCE. Ze wzgledu na strukture Kamila.

Zrobilo mi sie smutno, niemniej nie ustawałem. Tanczylismy troche razem, obmacywalismy sie, ale grzecznie. Kilka krotkich pocalunkow. Szymon był pijany, wiec dla niego to pewnie byla tylko niewinna zabawa. Dla mnie nie. O czym wiedzial (patrz: problem 1).

Wlasciwie wieczor byl wyjatkowo udany. Lizalem sie intensywnie z jakims mlodym chlopcem. Przyjemnie. Caly czas jednak patrzylem na Szymona. Nie chcialem zeby widzial bo nie chcialem zeby byl zazdrosny (to ostatnia rzecz jaka moglaby mi pomóc). Ale wiem że widział, nie sposób było nie widzieć.

Problem 2:
Mateusz powiedział "Kamilu, ja bym chętnie przerypał tego twojego Szymona ale nie zrobie tego przez wzgląd na ciebie, bo wiem ile dla ciebie znaczy". Zacząłem przekonywać Mateusza, żeby olał taki wzgląd, i żeby - jeśli chce -to to zrobił. Zacząłem przekonywać go tak intensywnie, że aż go uderzyłem.

Po pierwsze, ta agresja fizyczna wyładowała się na Mateuszu, choć jej obiektem był pewnie Szymon. Po drugie, oczywiście że by mi to przeszkadzało.

cdn

Nie moge wytrzymac, jade do Mateusza. Mam nadzieje, ze nie spotkam tam Szymona. Jade tam tylko po to zeby dowiedziec sie, czy aby Szymon tam nie nocowal, i zeby dowiedziec sie co sie stalo po moim wyjsciu. Mateusza telefon nie dziala, mam nadzieje ze go zastane.


still in my mind
14.10.2008 :: 12:28

Szymon. Znow. Wszedzie. Mysle o nim srednio co minute. Widze jego twarz w mojej glowie gdy z kims rozmawiam, gdy czytam. Nie moge sie skupic. W moich myslach powtarzaja sie wszystkie nasze spotkania, zwlaszcza te ostatnie, po ktorych czegos sie spodziewalem. Mysle o nim, o jego ciele. O obrazie jego. Bowiem funkcjonuje on w moim swiecie jako obraz, jak zdjecie: bez glosu, bez slow, bez reakcji i bez zachowania. Kurwa, jak bardzo chcialbym byc szczesliwy u jego boku. To znaczy, chcialbym byc szczesliwy po to, zeby moc byc u jego boku. Spac z jego nogami miedzy moimi.
Chcialbym zeby znow byl dla mnie cieply.
Chcialbym wyciszyc moje pretensje i żale wobec niego, zapomnieć o tym co było, bo to uniemożliwia mi pójście dalej. Przestać rozpamiętywać to, na co nie mam już wpływu, bo było przeszłością. I zrobić krok do przodu.
Chciałbym potrafić być dla niego ciepłym.

Wciąż go śledzę. Patrzę kiedy wchodzi na mojego bloga, kiedy się loguje na grono. robię to obsesyjnie, kilka razy na dzień.



07.09.2008 :: 15:44

Wczoraj Agata wyjechała do Budapesztu. Na 4 długie miesiace. Nie wiem z kim bede siadal, do kogo sie odzywal. Boje sie alienacji, otoczenia sie przyglupawymi rozmowami o studiach i wykladowcach, ktore sa powtarzalne jak codzienne gówno. Z drugiej strony przekonam się jak to jest być totalnie samemu, poza wszelkimi relacjami.

Bo wkrotce wyjedzie także Ewa. Z Ewa przyjaznie sie od niedawna, jednak tym bardziej bedzie mi jej brakowac. Zwlaszcza ze ostatnio [lately] nie bylem zbytnio sobą, wiec stracilismy troche kontakt. Ten semestr bedzie smutny mi bez Ewy.

Ja odliczam czas do poczatku zajec. Wtedy bowiem powinienem wrocic do mojej ukochanej m****. Przestać spać, przestać płakać, wyrzucić w chuja wszystkie piguły, stracić pamięć, stracić ciszę, odzyskać błysk. Odzyskać siebie po to by... wurzucić to do kosza jako iluzję?

Ja wciąż nie jestem i nigdy nie będę fajny, gadatliwy, szalony. Jestem typowym intro-quirkiem. Nie wiem więc czemu Szymon chciałby się ze mną spotkać.



mumia
24.08.2008 :: 16:53

Ostatnio widzialem sie z lejdi, ktory powiedzial do mnie w te slowa:
- chodzisz do chujowego terapeuty, bierzesz chujowe leki, masz przespane oczy i spowolnione ruchy jak narkoman, wygladasz coraz gorzej, masz brzydka cere i mówisz że tyjesz.

Ostatnio ruszyło mnie ponowne odnalezienie cytatu o marzycielu z Marii Janion u Jacka Kochanowskiego, w jego książce (samej Janion nie posiadam). Marzyciel jest tu, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest". Ta formuła oddaje specyfikę mojego życia. W każdej sekundzie czuję się "nie tu". Gdy siedzę w domu, fantazjuję o wyjściu z niego, że jestem w teatrze, klubie, na kawie ze znajomymi. Gdy jestem na zewnątrz, chcę być w domu, boję się że mi ciało odmówi posłuszeństwa, czuję się rozdrażniony. Cokolwiek robię, czuję że to nie to, że jest jakieś lepsze tam, które należy robić. Najpodlej się czuję gdy się myję, jem, zmywam, ubieram, sram, wykonuję te proste czynności podtrzymujące życie. Że też i księżniczki muszą robić te wszystkie rzeczy. Płakać mi się chcę na powtarzalność tych czynności, na to że zjadają one czas. Czas na wielką karierę naukową?? Przecież nie. Może po cichu je lubię właśnie dlatego, że są dla mnie pretekstem do nie robienia czegoś więcej.

Nie wiem jak się otworzyć, jak przestać być strzępkiem nerwów. Jak wrócić do siebie. Bo mój problem polega na tym, czy ja mam do czego wrócić? Czy jest jakieś Ja sprzed ostatnich miesięcy, które było względnie stabilne, zdrowe? To Ja, to było Ja spychologiczne, spychające całe życie na przyszłość. Zwłaszcza studia. Teraz przyszłość stała się teraźniejszością, i Ja nie ma. Ale to poprzednie Ja nie było dobre. Jak teraz siedzę w grupie znajomych i jestem ornamentem, warzywem - czy kiedyś było inaczej, czy zabierałem głos? Nie wiem.
A z drugiej, przy Mateuszu i Kasze potrafię mówić, choć głównie o moich problemach związanych z obecnym stanem. Ale mam wrażenie, że oni już tego nie znoszą.

Kiedyś miałem mój mały sekret, moją przewagę nad ludźmi, która dawała mi to ciepło w środku, i jakoś napędzała do życia. To była wystawa bułgarska i projekty fundacji. Potem one upadły, ja straciłem wiarę..

Nie wiem czy zmienić terapeutę. Jestem w podobnym stanie psychicznym od ponad 3 miesięcy, na terapii byłem ok. miesiąc, teraz miesiąc przerwy. Może to za krótko na efekt? A może właśnie nie, nie należy czekać, może terapia krótkoterminowa postawi mnie na nogi na tyle, bym mógł funkcjonować? No to jeśli mnie stać, to spróbuję.


separacja
11.08.2008 :: 02:05

Podmiotowa odrebnosc Any zaimponowala mi. Nie dała się zarazić mi; umiała zachować dystans. My words didn't affect her. On the cotrary, her words did affect me, though I am sure she did not intend that. A juz szczegolnie jej uwaga o wyłączności w miłości. Ze bycie jednym z dwoch to oznacza jakies pofragmentowanie się. A to strzał w dziesiątkę, bo przecież to jest problemem, z którym przyszedłem na terapię: mnie nie ma, czuję że nie istnieję. Może więc sytuacja z Peterm jest za to po części odpowiedzialna?

Myślałem, czy by tego nie skończyć jeszcze przed rozmową z Aną. Moje emocje do Petera się wypaliły. Chwilowo nie mam żadnych emocji do nikogo ani do niczego. Więc w relacji do Petera czuję się nieszczerze, bo wiem że on mnie kocha, i tęskni. Może po prostu nie jestem wystarczająco ukształtowanym, wyseparowanym podmiotem, żeby być zdolnym do emocji do drugiej osoby?

Powiedziałem Anie, że czemu miałbym rezygnować z tych moich i Petera spotkań 2 razy na rok, skoro mając je, tylko zyskuję. Ale odpowiedź Any uderzyła w czułą strunę. Bo może w racjonalnej świadomości mogę to pomieścić, ale w świadomości preracjonalnej - chyba nie. A że przestałem to czuć - to chyba dobry dowód na to. Nie mam tylko pomysłu, jak o tym porozmawiać z Peterem. Czy to skończyć, i mu to obwieścić tylko, czy też poddać to pod dyskusję. Dałem my już pierwszy znak mówiąc, że to ja przejmuję inicjatywę co do okoliczności nasstępnego spotkania. Ale on chyba nie skumał o co mi chodziło. A chodziło mi o to, że teraz to ja muszę mieć czas zatęsknić.. Albo i nie. Dotąd, tęskniłem tylko po lecie 2006 roku. A po kolejnych spotkaniach, już nie, wszystkie one były dla mnie jakby za szybko, jakby wbrew moim chęciom, brałem je na wyrost. Teraz już domyślam się, czemu tak było.

Co do Szymona, to mi się unormowało. Zracjonalizowałem sobie moją odrazę, i wiem że nie była urojona. Czyli: nie sfiksowałem, choć wydawało mi się, że tak. Po prostu nie byliśmy stworzeni dla siebie. Trudno. Nawet jeśli ja wciąż jestem w ranach.

Mogę być dziwakiem. Godzę się na samotność i alienację. I głupotę. Nie ja pierwszy tak mam, nie ostatni. Nawet Mies van der Rohe był dziwakiem. Najtrudniej mi się zgodzić na moją przeciętność, ale i to pewnie zaakceptuję z czasem.. Albo jednak zapiszę się w historii czymś i jakoś. Ludwik Bawarski z Pścimia Dolnego.


so low
18.07.2008 :: 00:06

Free Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.us

My babies went to Amsterdam
Now it's so slow, so slow

Moje bejbe jest w Amsterdamie,
moje drugie bejbe jest w Starym Amsterdamie
a ja kręcę włosy na wałki w Warszawie.

Żadne bejbe nie jest już moje. Obaj zapisali mnie jak białą kartkę, a ich pismo spoczywa w nagłębszej części mnie. W moim odbycie.





budapeszt
12.07.2008 :: 20:17

Dzis ostatnia noc w Budapeszcie. Jeszcze stad nie wyjechalem, a juz nic nie pamietam. Albo raczej: nic tu nie zobaczylem, ani nikogo nie spotkalem.
Tylko pierwszy dzien, spedzony z Peterem, byl taki ze czulem sie dobrze. Duzo rozmawialismy. Nie pamietam ani słowa.

Spotykamy znajomych Petera. Wszyscy znaja kilka jezykow, mieszkali rok tu rok tam, podrozuja po calym swiecie, robia to co lubia, maja pieniadze, sprawiaja wrazenie szczesliwych. Ja na ogol sie nie odzywam, bo w porownaniu do nich nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Kiedy juz cos mowie, to w ponad polowie przypadkow prosza mnie o powtorzenie, tak nieskładny jest moj angielski. Na ogol sa starsi, ale w moim wieku byli tam, gdzie ja nie bede za 10 lat.

Moja regresja ma sie dobrze. Mniej mam zawieszen, mniej płacze, ale urzymywanie twarzy jest tak uciazliwe ze wlasnie pozwalam sobie na to zeby sie rozpasc. Tak na sobotni wieczór.

Nie kocham Petera. Teraz nie czuje nic. On mnie kocha. Mowi mi to, zachowuje sie tak ze mnie kocha. Wszystko robimy pod moje dyktando. Peter, w obiektywnym wymiarze, dostosowal sie do mnie. Mowi wolniej; wie ze ja wciaz jestem glodny. Nie chce wysluchac mojej historii, a moze juz wysluchal? Nie wiem. Placi za mnie.

Nie odwzajemniam jego "kocham cie". Nie chce klamac. Ni wiem, moze powinienem przestac cisnieniowac i obwiniac siebie o to, ze ja go nie kocham a on mnie tak, tylko zaakceptowac to, ze to co wykrzesuje z siebie teraz - to wszystko co moge poczuc do kogos. Wiem bowiem, ze wszystkie moje emocje do facetow sa zawsze podszyta regresywna checia, by schowali mnie przed swiatem, by żyli za mnie.

Nie mam pomyslu na każdy kolejny dzien. O dluzszej perspektywie nie mówiąc. Nie chcę żyć. Nie umiem. Wszystko co robie powoduje że jest mi źle. Sam już nie mogę siebie znieść.

Znów płaczę, a raczej łkam. Zawsze staje mi przed oczami twarz Szymona. Tak, to wszystko na co mnie stać: dawniej mogłem do niego wzdychać, teraz mogę za nim płakać. BO akceptowałem go tylko jako obraz w mojej wyobraźni, niemy, zatrzymany w bezruchu, niemówiący. W realności dodawałem tylko trzeci wymiar, objętość (którą w nim ak uwielbiałem), ale każde jego słowo to był mój ból, każda jego reakcja była mi nieznośna.

I Szymon, i Peter, dzielnie wszystko znoszą. Szymon cierpliwie wsobnie, Peter wychodzi z siebie i zmienia się w mój dywanik, na który ja i tak pluję. A ja się rzucam. Na ogół tego nie widać, bo nic nie wypowiadam, cała batalia rozgrywa się w brzuchu.

Jestem upośledzoną osobowością. Stąd biorą się moje problemy w relacjach z ludźmi. Te relacje dodatkowo mnie histeryzują. Każda pomocna dłoń, odbieram to jak rękę która dodatkowo dusi i tłamsi.

Nie mam żadnej iskry. Dlatego nie potrafię nic zmienić.

Nie mam siły pisać tej notki. Robię to dla zabicia czasu. Przecież już to wszystko napisałem. Spisuje to od 6 tygodni. Wszystko już napisałem. Może teraz muszę to połączyć w łańcuch przyczynowo-skutkowy? A jeśli to nie pomoże, może muszę wejść we wszystko głębiej, unikać hipostaz i stylu diagnostycznego, który prześlizguje się po powierzchni - może to będzie wreszcie upragnione prze-pracowanie? Tak, to ostatnia rzecz, w jaką wierzę.

Myślę, że to co się dzieje w mojej głowie jest strukturalnie podobne do anorektyków. Zabójcza autodestrukcja w służbie superego. Totalny brak akceptacji. Walka na wszystkich frontach - a właściwie nie walka, a męczarnia.

Boję się tylko, że gdy nawet mi się uda sprawić, że przyczyna zniknie - objawy pozostaną. Będzie głos, choć autora już nie będzie.


Osobowość klasy B
07.07.2008 :: 01:39

Najsmutniejsza osoba na świecie. Brak ustrukturowany brakiem. Brak plus brak daje brak, brak razy brak to wciąż brak.

Reaguję tylko na hardcorowe bodźce. Jeśli ktoś nie jest radykalny, nie zauważę go. Nie poznam w życiu prawdopodobnie nikogo ani niczego. Jestem uwięziony. I nie mogę zniszczyć mojego więzienia, bo ja sam nim jestem. Nie mogę z niego uciec, bo nie chcę być nie-sobą. Terapia: odróżnić siebie od obrazu siebie; że niby niszcząc obraz siebie, ja nie ulegnę żadnemu ubytkowi. Rozumiem, ale nie potrafię zastosować do siebie.

Ja, ja, ja. Wielka samotność. Nie spotkam nigdy nikogo na mojej drodze. Radykalizm wiary w siebie. Ta religia jest religią winy, bo świadomość owija pętlę na mojej szyji. Świadomość mojego ograniczenia. Wolałbym o nim nie wiedzieć, i ślepo acz szczęśliwie kroczyć ścieżką mojego narcyzmu. Poczucie winy sprawia, że nie chcę już iść tą drogą. Ale na inną mnie nie stać.

Czyli na prawdę to co zostaje to Enjoy your symptom?

Muszą być jakieś zalety osobowości klasy B.

W stanach euforycznych, mogą być bardzo kreatywne (choć przekuwanie pomysłów w czyn jest oczywiście silnie lękogenne).

Robiąc rzeczy pod siebie, na pewno pomaga się w jakiś sposób innym. Nie intencjonalnie, ale przy okazji. A liczy się efekt, nie chęci.

Można inspirować innych. No co, utylitaryzm jest ważny, w końcu nikt nie żyje w pustce, a w sieci naczyń połączonych, nawet jeśli te więzy nie są jawne.


Jednak zaimpregnować się od świata to zaimpregnować się od szczęścia. Od tego jestem dobrze oddzielony. Dlaczego jednak nie moja emulsja nie działa na smutek, i na zranienie? So so vulnerable. Niech zgadnę: ponieważ źródłem moich ran nie jest świat, a ja sam? Niech mnie ktoś powstrzyma. Pryjaciel, lub luby. Niech miłość będzie antydepresantem. Niech słowa znów zaistnieją. Śpiąca królewna śni koszmar, że zły czarownik czuwa nad jej śpiącym ciałem, że jak się obudzi to wstrzyknie jej zastrzyk śmierci.


Ostatnio zrozumiałem mit o Amorze i Psyche. Wystarczyło podstawić pod te imiona, nazwy za którymi stoją. Czy jestem jedyną osobą, która na to nie wpadła przy lekturze (wszystkich) mitów? W tym wypadku mamy: psychika nie może żyć inaczej z miłością, niż mając miłość za sobą. Nie może się nigdy odwrócić i spojrzeć jej w oczy, bowiem wtedy miłość zniknie, a psyche zamieni się w melancholię. [Irreversible? Nie chcę być fatalistą...] Psyche powinna czerpać energię z miłości, która jest z tyłu, krok za nią. Musi ufać i trwać w tym zaufaniu. Nie może nigdy ulec pokusie sprawdzenia, ulec pokusie że można inaczej niż tylko ufać, że można np. wiedzieć. Nie Psyche, nie chciej wiedzieć, i nie odwracaj się! Psyche to pamięć.

Słucham the Knife. Nie płaczę. Zbyt wysoki poziom stresu. Pewnie wybuchnę płaczem prosto Peterowi w twarz. Płaczem za Szymonem. Ktoś, kto był jedynym moich snów autorem, został autorem mojego poczucia winy za to, że został wbity w szereg wraz z innymi. Szereg nazywa się "wszystko co jest mi obojętne albo do czego nie mam dostępu". Ktoś, kto miał być romansem, o kim z góry było wiadomo ze nie przyćmi gwiazdy Petera, stał się sprawcą czegoś bardzo istotnego. Istotnego, bo prawdziwego i głębokiego, i czegoś bardzo "tu". Ze wszystkich moich, na ogół starszych partnerów, z którymi łączyły mnie rzeczy wspanialsze, bardziej inspirujące, rzeczy czyniące obu szczęśliwym, to jego darzę głębokim szacunkiem [za to pewnie, że jest tym, kim ja nie odważyłem się być], a naszą - wiecznie "to be", wiecznie w perspektywie przyszlości - relację za coś niezwykle prawdziwego. Nie wiem czemu tak się rzucam. Nie wiem jak odwrócić głowę od odbicia w stawie - nie dlatego, że ktoś mi wykręca głowę po granice skręcenia karku, tylko jak zrobić to własną wolą. Odwrócić się przodem do świata. Marzę o tym. A wszystko, co jest moim marzeniem, mieszka w sferze marzeń dlatego, ponieważ nie może znaleźć miejsca w moim rzeczywistym życiu. Dlatego moje marzenia są tak cholernie ogromnym workiem. Bogate życie wewnętrzne.






Szymon, czyli nic nowego
07.07.2008 :: 01:01

W czwartek nie opanowałem się, i wysłałem maila. Chciałem mu dać do sygnał, który mógłby użyć jako pretekst. By stać się rycerzem i zawalczyć o księżniczkę, która mówi Nie, myśląc tak. Oczywiście, nie zawalczył. Mój instynkt chce do niego, w jego szerokie ramiona, w jego tak cudownie cielesne cialo, choć niestety pokryte intensywnie włosami, które są jak drut kolczasty. Tęsknię za jego fiutem. Choć on nie lubi posuwać innych. Sam woli być posuwany. I nie lubi dawać schronienia w swoich ramionach. Woli sam go szukać w moich, wątłych.

Mój "rozsądek" pamięta te wszystkie przykre i straszne rzeczy, które we mnie wzbudzał. Przez to, że nie otwiera się przede mną. Kurwa, tak teraz żałuję jego dziennika, który dał mi przeczytać. Żałuję, że nic z niego nie pamiętam, jak zawsze. Ten chłopiec jest tak inny ode mnie, a jednocześnie tak bliski [mojemu wyobrażeniu siebie]. Ten pamiętnik, to był chyba jedyny raz, kiedy mi się pokazał.

Żałuję, że nie jestem prostszy w obejściu. Że jestem pierdoloną wiecznie nadąsaną księżniczką. Ale cóż mam zrobić, że moją główną zasadą jest imperatyw nieszczęścia. I że nie dla mnie jest albo 0 albo 100. Za twenty nie chcę mi nawet wstać z łóżka. Żałuję że tak mam. Bylibyśmy ciekawą parą, gdybym nawet z tym wszystkim co mam, potrafił cię polubić kim jesteś, potrafił cię rozpoznać. You didn't want to recognize yourself in the image I created. Chwała ci za to.




I can't wake up
07.07.2008 :: 00:49

You try to feel but you can't wake up
you try to touch but you can't wake up
you're holding eyes and you don't wake up
increase the size and you don't wake up

I do it backwards but I don't wake up
try to reverse but I don't wake up
I sit astride but I still don't wake up

Nie mogę już słuchać The Knife. Wspomnienia są zbyt silne. You just must be a lucky guy.


not anymore
29.06.2008 :: 03:18

Zamilkłem. Nie chcę już mówić.

***


Wstałem dziś o 16. Z jednej strony poczułem się naprawdę dobrze. Wreszcie przytomny. Tak, wreszcie nie otępiony. Poczułem to w mojej głowie. To przyjemne. Jednak biologia to nie wszystko. Od razu pojawiają się wyrzuty sumienia. Bo dzień Boży, którym cieszyć się należy. Ja wszystkie zabijam. Mama już wyszła na wieczór. Brat je obiad. Ja śniadanie. Umyłem się, coś tam ochędożyłem, i już 20ta. Teraz jest trzecia w nocy. Zaraz coś zjem by usnąć, nie mogę jutro znów wstać tak późno. Nikt mnie nie budzi. Dają mi się stoczyć. Szkoda.

Próbowałem dziś do kogoś zadzwonić, porozmawiać, wypowiedzieć coś. Nie mam siły. Nie mam nic do powiedzenia. W ciszy i samotności czuję się at home. W tym moim więzieniu mam więcej miejsca niż na całym świecie.

Moje myśli dziś krążą, niestety, wokół Szymona. Od poniedziałku sprawdzam, kiedy loguje się na grono. Porównuję to z moimi statystykami na blogu. Dziś jednak bloga zamknąłem. Już miałem do niego pisać mail. Albo zadzwonić i pójść na spacer - może nie "jak by nigdy nic", ale.. No właśnie. Jakakolwiek forma komunikacji z nim zakłada ten warunek wstępny: I have to utter.

Czego ja od niego chcę? Brakuje mi - ale czego? Tylko jako niemy obraz.. jako mara, fantazmat - tylko to w nim się nadaje. Tak, nadaje. To dobry termin, sprowadzający go do przedmiotu; czerpiący z retoryki kapitalistyczno-komodyfikacyjnej. Bo przecież, o czym niestety pamiętam, bycie intymne z nim, w łóżku, było rozczarowujące. On tak samo potrzebuje kogoś, kto go przytuli, jak ja. Jeśli ludzie dobierają się jak Plus z Minusem, my byliśmy jak dwa Minusy. A Minus i Minus, to razem cholernie duży Minus. BO w końcu, jego pocałunki były zbyt obfite, a jego ciało, choć ciepłe i takie fenomenalne - budziło moją odrazę. Wiem też, że nie spuścił ze swojego "muszę" ani "chcę", że wciąż jest egocentryczny. Ja wciąż narcystyczny. Nie jest moim babe.

Z innych rzeczy: jem ostatnio wciąż i wciąż. Mam ciągle zgagę. Wpieprzam tyle słodyczy. Dziennie chyba 10 000 kalorii. Mam bardzo zły oddech, i cerę wciąż tłustą.

Cały ten wpis nie jest o tym, co chciałem. Ale może pójdę spać już powoli.



przetrwac, przeczekac trzeba
23.06.2008 :: 14:14

{z wczoraj w nocy}

Ciekawe co teraz robisz. Czy myslisz o mnie choc troche. Czy plakales choc raz, czy ogarnal cie smutek lub bezradnosc. Czy mowisz sobie "znow schrzanilem", czy tez moze "czemu on to skonczyl, nadzieja byla". Czy dopowiadasz sobie, ze to jeszcze nie na zawsze stracone. Czy wertujesz smsy, czaty, maile i wiadomosci na gronie. Czy sprawdzasz o ktorej ostatnio sie logowalem i przegladasz moje galerie i bloga - tak jak ja przegladam twoje? Czy mnie nienawidzisz, gardzisz, masz pretensje, rozgrzeszasz moim stanem, czy obwiniasz siebie, czy czynniki obiektywne?

Nie tesknie za toba juz ze strachu. Teraz tesknie nostalgią. Teraz widze, jak sie myjesz, jak siedzisz przed komputerem, jak sprawdzasz godzine w telefonie. Wspomnienie staje sie mocniejsze, czyli realnosc znika...

Ciekawe, czy chcesz pogadac. Ciekawe, co myslisz o tym wszystkim, czy coś w ogóle. Czy poczułeś coś.

Tak, ja nie moge wciąż uwierzyć, jak nieprawdopodobna była moja pomyłka z tą wiadomością. To musiało było czuć tak gorzko..

Juz sie otarlem o zaczepienie na gronie czy na google-czacie. Juz to zaczalem myslec, czy by nie napisac do twojej przyjaciolki. Sprawdzam o ktorej sie logujesz na gronie, pojawila sie notka na blogu, chyba mam w niej swoj udzial. Znac z niej, ze uciekasz w imprezy, spedzanie czasu ze znajomymi. Dobrze.

Nie wiem co zrobić jak się spotkamy na korytarzu naszego małego instytutu. Pewnie wymienimy kurtuazyjne "cześć" i odwrócimy głowę.

Nigdy jeszcze żaden chłopak czy facet nie spowodowal we mnie głebszych problemow psychicznych. Zawsze musi byc ten pierwszy raz. Wlasciwie to on ich nie spowodował, one sie przy nim ujawniły. Biorę to za dobrą kartę.

Czyli jest jakieś Kiedyś, kiedy ten telefon mógł by się odbyć. Kiedy ja się poukładam, kiedy on się otworzy. Kiedy nie będzie sesji. Kiedy on będzie miał swoje stypendium w garści. Kiedy ja będę miał pracę. Kiedy w październiku znów wszystkie drzwi będą stały otworem. Kiedy on lub ja będziemy mieli swój własny kąt.

Na dobra sprawe to byl tylko jeden problem. Sytuował się za blisko mojego karcącego superego. Czy mógł był to wiedzieć sam, bez mojego mowienia mu o tym? Takie rzeczy można wyczuć - gdy (1) ma się uczucia, (2) gdy nie jest się narcyzem. Czyli nie mógł.
Czy mogl byl w jakis sposob to zmienic? Zakladajac, zebym mu powiedzial - mogl sie otworzyc przede mna; to daloby mi wsparcie, ktorego mi zabraklo. To otworzyloby prawdziwa bliskosc. Trudno budowac bliskosc z kims, kto stoi do ciebie plecami.
Czy ja moge to w jakis sposob zmienic? To bedzie zalezalo od pana terapeuty. Z reszta kilka osob zwrocilo mi na to moja uwage, ze sie porownuje. Jesli by udalo mi sie to oslabic, ba - zmienic to w sobie, co byloby zmiana radykalna i pociagajaca za soba duzo zmian w innych kwestiach - to teoretycznie... ale znow, nie do kogos kto stoi do mnie plecami, po prostu nie. A ze to u mnie jest tak, ze przez czas nierozmawiania z kims, moga sie poczynic duze zmiany; a u niego raczej podczas braku kontaktu miedzy nami - nie zmieni sie nic na linii ja-on - to raczej nie mam co liczyc na zmiane z jego strony.

Juz nawet pal licho ten sms, moja niezgrabna forme tlumaczenia sie czemu nie chce bysmy sie widywali. Ale nie powinienem byl dac ci znac, ze masz cos wspolnego z moim zalamaniem nerwowym. Choc z jednej strony to dla mnie dobrze, to dobra przemiana na tle moich samooskarżeń i nie-zamartwiania innych, ale z drugiej strony to nie fair – bo nie zrobiles nic naumyślnie (nie twoja wina, ze nie jestes spotrzegawczy, ze malo zniuansowany).

Marysiu, odpuść. Sama widzisz, że nie ma wyjścia.


szymon - koniec
21.06.2008 :: 17:09

- Zadzwon do mnie gdy przestane budzic twoj wstret.
- Daj znac gdy sie zmienisz i gdy bedziesz gotow otworzyc sie przede mną.

Oczywiscie, moja odpowiedz przyszla mi do głowy, gdy już szedłem ulicą Wileńską, parę minut za późno. Nie doślę jej sms\'em. A źle się czuje, że nie zostało to tak definitywnie zakończone, że rozmowa skończyła się potencjalną furtką na przyszłą ewentualną kontynuację.

Ja już tęsknię. Moja selektywna pamięć znów pokazuje mi tylko te dobre obrazy. Jednak mam też inną pamięć, którą jest ścisk w żołądku. On pamięta wstręt, i nie tęskni wcale.

Był za mało doświadczony / za młody. Był za mało gejem. Był za mało obyty w bliskości. A może po prostu ma inaczej.
Nie chciał wsiąść ze mną do samochodu, który mnie szybko drogą, a widoki na zewnątrz przemieniają się tak szybko, przyjemnie ogłupiając, rozsypując gwiezdny pył. Dla mnie rzeczywistość widziana z poziomu spaceru jest depresyjna. Za wolna, zbyt wyraźna, zbyt bliska.

Nie był moim przedłużeniem. Był osobną jednostką, i chciał bym ja taką był. Ja jednak nie jestem takim silnym self, samodzielnym, kierujacym sie w zyciu mysleniem a nie emocjami. Zeby sie wciaz nie potykac, przewracac i rozwalac sobie kolana (tak, narcyz histerycznie boi sie poharatanych kolan) - lubie, gdy ktos mnie nosi na rekach. On zas byl dojrzalsza istota ode mnie. My biedne Petry von Kant. Mezczyzni szanuja nas bardziej niz my same siebie. To takie upokarzajace. Trzymajcie od nas z dala lustra prawdy.

On byl taki samodzielny. Potrafil gospodarowac pieniedzmi tak, by mu na wszystko starczylo, za 5 stow na miesiac od rodziny. Potrafil studiowac na 2 kierunkach i zdac sesje z 4 egzaminami i 2 pracami na tydzien, przez kilka tygodni. A procz tego wychodzi i spotyka sie ze znajomymi, na imprezy etc, i troche czasu wyskubywal na mnie (duzo za malo, oczywiscie - ja przed sesja uciekam, i chcialem uciec w spedzanie czasu z nim - on tego nie chcial).

Wszystko to juz niewazne.

Jadąc do niego, myslalem ze usiadziemy, porozmawiamy, wygarniemy sobie rzeczy, tzn wytlumaczymy, spotkaja sie wreszcie nasze punkty widzenia - na odchodne, gdy nie mamy juz nic do stracenia. Ale tak sie nie stalo. Przyszedlem, usiadlem, powiedzialem pare rzeczy, chaotycznie. On prawie nic nie odpowiedzial. Patrzyl tylko tepo w podloge. Wstalem, pocalowalem go i wyszedlem. Nie poczulem wiec ani ulgi, ani smutku, ani wscieklosci, ani nic. Zle sie czuje, ze zadna zmiana nie przyszla. Moze dlatego, ze moje uczucia wypalily sie juz duzo wczesniej; moze dlatego ze rzucalem juz go w myslach kilka razy wczesniej? Myslalem jednak, ze zrobienie tego wobec niego, uprawomocni to zakonczenie, i wlasnie przyniesie ulge, bol, smutek czy cokolwiek. Tak sie nie stało.

I kurwa, oczywiscie, mysle o tym, co robil tego wieczoru, co robi dzis. Kiedys powiedzial, ze jak go rzuce, to pewnie nie bedzie dlugo cierpial, bo zracjonalizuje to sobie jakos (bardzo mnie to zabolało, oczywiscie, ze tak latwo moze sobie mnie wymazac, ze tak malo dla niego znaczylem). Czy rzeczywiscie, po 10 minutach, wzial sie do nauki, i jedzie dalej dzis, jakby nigdy nic? Moze ewentualnie, co jakis czas robi mu sie smutno czy żal, może ma jakieś przebitki z tego wieczoru ostatniego, kiedy przyszedłem byśmy rozmawiali, oglądali film, jak żeśmy zaplanowali, a ja w 5 minut zrobiłem szach mat. Może zapłakał lub płacze. Czy miał już w ręku telefon i chciał dzwonić, odkręcać? Pewnie nie. Ja nie (przynajmniej do tej pory). Choć idąc Wileńską miałem w głowie scenariusz, że słysze, jak ktoś biegnie, że kładzie rękę na moim ramieniu, odkręca mnie, że chce zawalczyć. Albo choćby pocałować jeszcze raz.

Ale nie. On zawsze szanuje moje decyzje. Bo to ja sprawiłem, byśmy się spotkali; to za moją inicjatywą wylądowaliśmy w łóżku; ja nas wyciągnąłem na jedyną imprezę, na którą poszliśmy razem; to ja potem tęskniłem, to ja miałem oczekiwania i pretensje gdy nie były zaspokajane; ja miałem schizy i jazdy; ja się upakarzałem; i to w końcu ja to uciąłem.

Chciałem mu jeszcze oddać 50 zeta. Zapomniałem z wrażenia.




szmon: rzucic, nie rzucic
02.06.2008 :: 23:35

straszny jest mi jego nadmiar: mowienia, myslenia, gestykulacja rekoma, predkosc asocjacji na sekunde. po kilku minutach jestem calkowicie wyczerpany. mam ochote go zakneblowac. bo nie mam sily zeby odejsc w inna strone.
i nie mam sily by udzwignac chocby tylko siebie.
chce pojsc do lozka. chce sie rozbroic. i otworzyc. uspokoic. potrzebuje tego bardziej niz rozmow.

kazde spotkanie z szymonem konczy sie ostatnio niespelnieniem. tak, doslownie. a niespelnienie to rozczarowanie, nawet jesli tego sie spodziewalem.
konczy sie tez swiadomoscia bezsensewnosci, tzn mojej bezsensownosci siebie. tak, spotkania z nim nie dodaja mi skrzydel i nie sprawiaja, ze kreci mi sie w glowie. pytanie tylko, czy teraz nie mam tak ze wszystkimi (realnie zyjącymi osobami)?

czuje sie jak bohaterka wstrętu. nie wiem co on widzi. z jednej strony ma depresje. z drugiej - pamieta wszystko co kiedykolwiek powiedzialem.

ba!, wiem. on nigdy nie mowi nic o mnie. zaraz zaraz, a ja o nim? ja wciaz wydaje osądy. krytykuję, jawnie i aluzyjnie. moze ja nie umiem po polsku?
ale nie, ja tez mowie co czuje, co chce, o czym marze. on - o wiele rzadziej. ale ale - czy ja to mowie = mysle sobie, czy mowie = wypowiadam?

nie wiem czy on kuma co tu jest grane. jesli tak, to moze nie umie sie zdobyc na skonczenie tego? twierdzi, ze zracjonalizuje to sobie, i nie bedzie plakal. strasznie jestem o to wsciekly. bo wiem ze ja bede plakal, ze nie bede mogl sie pozbierac do kupy. wtedy bede mogl wyprojektowac cale zlo na niego, jego i jego zostawienie mnie obarczyc cala odpowiedzialnoscia. czy to oczyszczenie? Niekoniecznie, bo przeciez moja sytuacja nie musi sie wcale zmienic.

a moze jest tak wielkoduszny [w slangu wielu ludzi: normalny], ze pisze sie na to "pomimo". jesli tak, to mam wobec niego dlug, wyrzut sumienia; to troche tak jak zwiazac sie z niewidomym czy niepelnosprawnym.

a jesli nie kuma - to dlatego, ze nie chce zakumac, ze to jest wbrew jego ekonomii?

Odrzucmy to wszystko. Sprawdzmy. Jesli choc troche mu zalezy na mnie, niech dotrze do mnie. Niech znajdzie nam miejsce na noc. Niech teraz on zrobi cos, co go calkowicie nie bawi, tak jak mnie te wszystkie spotkanio-rozmowy.


szymon. with or without you?
19.05.2008 :: 12:18



W co to sie Marysia znow wpakowala?

W poczatku marca Marysia poznala Szymona. Bylem jeszcze wtedy caly podkrecony, mialem flow, i czulem sie wzglednie szczesliwy w zyciu.
Przede wszystkim bardzo mi sie spodobal. Wysoki, i taki duzy, wielkolud. 21latek. Troche wycofany, niesmialy. Czulem sie wtedy silnie, na nogach, wiec pomyslalem chyba ze ok, to teraz przyszla pora, kiedy ja wykazuje inicjatywe, ja prowadze.
Z czasem moj stan zaczal sie pogarszac. Spadac do zera. Z czasem zaczalem go poznawac, i odkrywac ze malo mamy wspolnego. Z czasem to, ze jest madrzejszy zaczelo mnie frustrowac.

Od poczatku zle sie czulem z tym ze jestem starszy. Zachowuje sie patronizing. Nie cierpie, gdy ktos wobec mnie tak sie zachowuje; teraz sam popelniam ten blad.
Jestem w stanie psychicznym, w ktorym nie potrafie dobrze rozpoznac sytuacji.
Moja iskra do niego - zgasła. Ale mi zgasly wszelkie afekty, do wszystkiego.
Czy jestesmy ze soba z braku laku? Z tego, ze niemilo jest byc samemu?

Dla mnie jedyny nasz cenny czas - to ten w lozku. Nie, nie sex. Bliskosc. Cialo obok ciala. Aczkolwiek, jest to u mnie patologiczne, odzywa sie moj poped smierci. Mam ochote rozpasc sie, skryc sie w nim, nie wychodzic z lozka juz do konca zycia. Ale jednak - on szuka chyba tegosamego we mnie. Chce sie przytulic we mnie, to on mi daje swoja glowe do opieki.
Spotykamy sie u Mateusza. Ale Szymon tak nie chce, uwaza ze to wykorzystywanie, ze to nie fair. Bo to moze nie jest fair, ale nie mamy innej opcji. Nie mamy mieszkania, ani ja ani on, w ktorym byloby sie jak spotkac. A w miescie, na ulicach, kawiarniach - on jest zdystansowany, nie chce sie dotykac. Chce rozmawiac. Ja nie chce rozmawiac, chce sie dotykac.

Bo co do sexu.. On nie wie, ze ciala sa nacechowane erotycznie w rozny sposob. Nie wie tez wielu rzeczy o sexie. Z drugiej - co ja mu daje, czy on to lubi czy nie? Nie daje zadnych reakcji, nie uzewnetrznia, jest introwertykiem. Wiem tylko gdy zaboli.
?


Brak mi z nim rozmowy i wspolnej swiadomosci tego, co sie miedzy nami dzieje, jakiegos metakomentarza. Taki metakomentarz - z P. po pierwszej nocy spedzonej razem poszlismy na lawke nad rzeke, przegadalismy dwie godziny.. Uzywalismy roznej pojeciowosci, ale potrafilismy sie zazebic w rozmowe. Choc z P. od samego poczatku towarzyszylo mi poczucie "roznicy kulturowej", przepasci, czy dystansu spowodowanego tym, ze pochodzimy z roznych krajow (co naprawde robi roznice) - to jednak mielismy wspolne pole, pole na ktorym moglismy sie spotkac.
Z Szymonem nigdy nie spotkalem sie na wspolnym polu. Nigdy nie powiedzielismy sobie wprost o co tu chodzi, nie wyjasnilismy czego u siebie szukamy.

Brak mi z nim pewnej relacji wladzy.
/Smiesznie, gdy powiedzialem to Agacie, ona zapytala: to lubisz jak ktos ci mowi co masz robic?/
Nie wiem jak wytlumaczyc ta "relacje wladzy". Moze po prostu chodzi o to, ze lubie starszych i bardziej doswiadczonych, osob ktore przerobily niejedno w zyciu. Lubie facetow, ktorzy nadaja tempo, wykazuja inicjatywe. Bo inaczej - nawet gdy są fajni - to mnie nie porywają. A ja jestem fantastka, i mi się musi zakręcic w glowie to wtedy jestem szczesliwa, lekko odurzyc sie musze.

Szymon pojechal do krakowa na tydzien. Zobacze jak mi z tym bedzie. Jesli przez ten tydzien poczuje sie lepiej to sie rozstaniemy.
Bo nie tlyko ja sie frustruje tym, ze on jest lepszy ode mnie, a mlodszy; ze lepiej sobie radzi, potrafi zarabiac, ma stypednium za dobre oceny.. Ale draznia mnie nasze spotkania, bo nie mamy o czym rozmawiac, bo ja sie nudze, nie mamy wspolnego swiata (bo to moj swiat jest bardzo waski; niemniej). Zamulamy i nudzimy sie razem, trwajac w niespelnieniu.

Boje sie jednak, ze tesknota za nim [za obrazem jego] przesloni mi myslenie, i jednak ze strachu go nie rzuce.

W ogole nie chcialbym go rzucic, tylko to zawiesic. Ale wiem ze tak sie nie da.

On mowi mi, ze costam i tak go rzuce. Przeczuwa, wie? Leka sie tego? Nie chce mu sprawic przykrosci, nie chce by cierpial przeze mnie. Jest fajnym facetem. Zasluguje na kogos fajniejszego ode mnie.

Nie zostawilem go jeszcze jednak nie dlatego, zeby jego nei ranic, ale dlatego ze boje sie byc sam. I tak jestem sam, ale z nim moge sobie powiedzeic, ze nie jestem. A moze ja po prostu musze byc sam?


Archiwum

2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień

Ownlog.com